Koniec lat 80. i początek 90. okazał się przełomowy nie tylko ze względów politycznych (dla młodego pokolenia, które na lekcjach WOS-u rozmawiało o samochodach, dodam tylko, że w 1989 r. Polska odzyskała niepodległość – dosłownie i w przenośni!), lecz także ekonomicznych. Wielu producentów zrezygnowało z budowania „samochodów na lata”. Do głosu doszli ekonomiści.

Było to następstwo globalizacji produkcji, którą zapoczątkowały fuzje koncernów. Nietrudno domyślić się, że chodziło o redukcję kosztów i zwiększenie zysków. Zaczęto więc produkować auta z tego, co najtańsze, i w krajach, gdzie siła robocza jest niedroga. Dzisiaj np. Volkswageny składane są w Meksyku i Brazylii, Ople czy Toyoty w Turcji, a Hondy w Anglii. Te same rozwiązania znajdziemy w Fordzie i Maździe, Toyocie i Citroenie, czy też Fiacie i Saabie. Takich przykładów podawać można bez końca. Kto na tym stracił, a kto zyskał? Oczywiście, zyskali producenci, stracili – użytkownicy. Masowa produkcja redukuje koszty (nie na darmo mówi się, że w „kupie siła”), ale zwiększa ryzyko pomyłki. W tym wypadku za błędy płaci użytkownik – coraz więcej i częściej!!!

Oprócz obniżenia jakości widać też zatracanie osobowości poszczególnych marek! Przykład: Citroen. Jeszcze w latach 70. czy 80. szokował wyglądem i rozbrajał niekonwencjonalnymi pomysłami. Ktoś powie: „Co z tego, przecież częściej stał w serwisie, niż jeździł”. Zgadza się, ale jak już zaczynał jeździć, robił to z niesamowitą gracją, dając przy tym prawdziwą frajdę z jazdy.  Zresztą najwięcej mogą o tym powiedzieć właściciele DS-ów czy Cx-ów. A dzisiaj? Wysiadasz z C4, wsiadasz do Astry i… zmienia się tylko otoczenie, ogólna idea techniczna jest ta sama!!! Oczywiście, to duże uproszczenie, ale coś w tym jest…

Bardzo podobnie przedstawia się użytkowanie nowych samochodów. Owszem, są megapraktyczne, superkomfortowe i nafaszerowane cudami techniki (które zaczynają już nawet wyręczać kierowcę!), jednak im częściej nimi jeżdżę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to nie ten kierunek. Ostatnio podróżowałem piękną, oryginalną MPowerką E34 (po lifcie, czyli 3.8/340 KM), niezwieśniaczoną przez kierowcę, którego korpus jest kwadratowy, a szyja wielkości głowy. Trąciła archaizmem, ale prowadzenie i dynamika – pierwsza klasa! Oczywiście, dzielą ją lata świetlne od np. Porsche GT2 (GENIALNE AUTO!!! Miałem okazję bezpośrednio porównać je z  SLR-em i R8-ką), ale na pewno wrażenia są adekwatne do ceny. To tylko przykład, choć przecież takich samochodów jest dużo więcej…

Marcin Matus